Ucieczka od "naszej rzeczy" jest zdradą

Wywiad z abp. Markiem Jędraszewskim

 

Z zastępcą przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Markiem Jędraszewskim, metropolitą łódzkim, rozmawia Anna Skopińska.

 

Czy hierarchowie Kościoła mają prawo mieszać się do polityki? Podnoszą się głosy, że nie. A może trzeba, by katolicy od swoich duchowych przewodników nie tylko w świątyniach słyszeli, jak ludzie wiary powinni przekładać swoje wartości na społeczne życie?

gallery/abp-marek-jedraszewski-3

- Oskarżanie biskupów o tzw. mieszanie się do polityki ma zawsze bardzo określony kontekst: kiedy ośmielają się oni krytykować polityków za pewne programy lub działania, które sprzeciwiają się dobremu wspólnemu lub moralności. Dla mnie wręcz modelową odpowiedzią na tego rodzaju zarzut jest wypowiedź Ojca Świętego Jana Pawła II z 3 czerwca 1991 roku w Kielcach. Odnosząc się do działania pewnych polityków, którzy w imię wolności „lekkomyślnie narażali polskie rodziny na dalsze zniszczenie”, Papież odszedł od napisanego wcześniej tekstu i zaczął dramatycznie wołać: „Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest moja Matka, ta ziemia! To jest moja Matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć. Was też powinny boleć! Łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować. Zbyt długo niszczono! Trzeba intensywnie odbudowywać. Nie można dalej lekkomyślnie niszczyć!”. W wołaniu Jana Pawła II bez trudu można dostrzec echo sprzeciwu biskupa Stanisława Szczepanowskiego wobec króla Bolesława Śmiałego czy słynnego „Non possumus!” kardynała Wyszyńskiego i polskiego Episkopatu z 1953 roku wobec prób ubezwłasnowolnienia Kościoła przez ówczesny stalinowski reżim. Polscy biskupi to nie tylko hierarchowie Kościoła, to także polscy patrioci, którzy mieli i mają odwagę protestować w imię dobra Ojczyzny. Biskupi nie mogą milczeć. Ukazywanie niekiedy trudnej prawdy, a także wskazywanie dróg wyjścia z kryzysów jest ich świętym obowiązkiem. Co więcej – ze strony wcale niemałej części społeczeństwa istnieje też duże oczekiwanie, by pasterze Kościoła w sprawach publicznych zabierali głos.

I zabierają, chociażby przez komunikaty KEP...

- Gdy podejmowane są pewne inicjatywy przez rząd czy parlament, które uderzają wprost np. w instytucję rodziny czy małżeństwa, biskupi zabierają głos. Można to, oczywiście, nazwać wtrącaniem się do polityki, ale przecież oni są także obywatelami RP i posiadają związane z tym faktem prawa i obowiązki. Spoczywa też na nich święty obowiązek zajmowania się sprawami duchowymi swoich wiernych. I nie chodzi tu tylko o to, jak ci wierni zachowują się w kościele, ale o to, jak żyją: w domu, zakładach pracy, szkole, w parlamencie.

Wiele osób mówi: wybory ani polityka mnie nie interesują. Świadczy o tym niska frekwencja w lokalach wyborczych. Abp Gądecki stwierdza wprost, że nieuczestniczenie w wyborach to grzech. Z czego to wynika?

- Niska frekwencja w dużej mierze wynika ze zniechęcenia ludzi patrzących na to, co się w świecie tzw. polityki dzieje. Powstała bardzo niedobra opinia, że „polityka to są brudne rzeczy, którymi nie należy skalać sobie rąk”. Jednakże prawdziwa polityka to nie partyjniactwo, lecz zatroskanie o dobro wspólne, które nazywa się Rzeczpospolita – Res publica, czyli nasza, publiczna rzecz. Ucieczka od tej „naszej rzeczy” jest zdradą. Zdradą w kategorii odpowiedzialności za kraj, za państwo. Z punktu widzenia moralności katolickiej nieuczestniczenie w wyborach jest grzechem zaniedbania, ponieważ jest oznaką braku odpowiedzialnej miłości do Ojczyzny.

Księża nie powinni nam tego mówić?

- Powinni. Sami też w takim duchu powinni postępować. Mają przecież za sobą wspaniałą tradycję z trudnych czasów zaborów: księży popierających Powstanie Styczniowe 1863 roku czy księży społeczników w Wielkopolsce. Myślę, że nie dość często wracamy do ostatniej książki Jana Pawła II „Pamięć i tożsamość”. Tam jest wyraźnie powiedziane, o czym musimy pamiętać, by być tym, kim jesteśmy, i kim powinniśmy się stawać każdego dnia. Jeśli się tego trudu nie podejmuje lub się od niego w imię zarzutu „o wtrącanie się do polityki” ucieka, powstaje pusta przestrzeń. A natura nie znosi próżni. Wejdzie zło, chociażby w postaci różnych lewackich programów. Powstaje przy tym szczególny paradoks: te lewackie programy mogą być nie tylko głoszone, lecz wprost wcielane w życie, natomiast ja jako chrześcijanin, który czuję się odpowiedzialny za Kraj, powinienem w imię tolerancji wstydliwie milczeć i iść do kąta.

A wołanie Papieża o ludzi sumienia - Ksiądz Arcybiskup bardzo często się do Niego odwołuje - jest dziś aktualne?

- Kiedy sięgniemy do Ewangelii, bez trudu zauważymy, że Chrystus toczył z faryzeuszami i z uczonymi w Piśmie jeden zasadniczy spór: o prawość sumienia. Przyrównywał ich do grobów pobielanych, „które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa” (Mt 23, 27).  Z tej perspektywy wołanie o ludzi prawego sumienia jest głęboko wpisane w prawdę ewangelijną, a zatem chrześcijańską. Z drugiej jednak strony, to Papieskie wołanie ma szerszy wymiar. Jest skierowane nie tylko do ludzi wierzących, ale do wszystkich. Według Jana Pawła II, tylko człowiek prawego sumienia jest kimś prawdziwie wolnym, co więcej: jest zdolnym budować sprawiedliwe państwo, w którym są poszanowane prawa każdej osoby ludzkiej.

Bez sumienia nie da się żyć...

- Jan Paweł II powiedział to wyraźnie między innymi do prezydentów Europy środkowo-wschodniej w 1997 roku w Gnieźnie, stawiając retoryczne pytanie: „Jakże można liczyć na zbudowanie «wspólnego domu» dla całej Europy, jeśli zabraknie cegieł ludzkich sumień wypalonych w ogniu Ewangelii, połączonych spoiwem solidarnej miłości społecznej, będącej owocem miłości Boga?”. Jeśli byśmy szukali kryterium dla człowieka, który mógłby odpowiedzialnie zajmować się polityką, to musiałby on przede wszystkim posiadać prawe sumienie – i to jeszcze sumienie wypalone ogniem Ewangelii.

Takich ludzi w polityce nie ma?

- Na pewno media głównego nurtu o takich ludziach milczą, a jeśli już mówią, to zazwyczaj w szyderczy sposób. Nie chcą przy tym uznać zupełnie oczywistego faktu, że odrzucenie prawego sumienia i chrześcijańskich korzeni stało się główny źródłem obecnego wielkiego kryzysu duchowego Europy. Za tym kryzysem idą inne: tożsamościowy, demograficzny, ekonomiczny... Egoizm jednostki i związana z nim atomizacja społeczeństwa wygrywają w zmaganiach ze społecznym solidaryzmem. Jeśli się coś tutaj radykalnie nie zmieni, boję się o przyszłość Polski i Europy.

Czy nie jest tak, że żyjemy w czasach, o których w swoich kazaniach sejmowych pisał ks. Piotr Skarga - mówiąc o Polsce jako tonącym okręcie? Czy to nie Kościół powinien być w tej sytuacji taką latarnią morską dla ludzi?

- Tonący okręt, o którym mówił ks. Skarga (zapewne „bezczelnie mieszając się do polityki”), dla jego słuchaczy sejmowych mógł się wydawać metaforą bardzo nierealną. Polska była mocarstwem europejskim, prowadziła zwycięskie wojny ze Szwedami i z Moskwą, miała bezpieczną granicę na zachodzie. Tymczasem ks. Skarga w prywacie magnatów, w braku odpowiedzialności za państwo, w egoizmie i zapatrzenia się w siebie polskiej szlachty dostrzegał przejawy tego zła, które doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej: najpierw duchowego w czasach saskich, a następnie politycznego za Stanisława Augusta Poniatowskiego. Niestety, jego głosu nie chciano usłyszeć. Jestem przekonany, że Kościół katolicki w Polsce jest taką latarnią dla współczesnej Polski. Jednak nie wystarczy sam fakt, że jest latarnia morska. Muszą być jeszcze ludzie, którzy zechcą jej światło dostrzec i zgodnie z otrzymaną w ten sposób informacją bezpiecznie wprowadzić statek do portu, omijając mielizny i rafy.

Jednak analogia z tamtym czasem istnieje, co zresztą ostatnio pokazał Ksiądz w 3-majowej homilii.

- Analogia nie była przywołana przeze mnie po to, by osłabiać naszego ducha, ale żeby zacząć odpowiedzialne myślenie za siebie, rodzinę, Ojczyznę, Kościół. Zresztą ta homilia wcale nie kończyła się pesymistycznie. Mówiłem wprawdzie, że możemy liczyć tylko na siebie, ale że równocześnie jako naród możemy zrobić dużo, troszcząc się o rodzinę i otwierając się na Bożą łaskę i pomoc Matki Najświętszej. To wcale nie jest mało w świecie ogromnych ideowych zawirowań, w których się znajdujemy. Oczywiście, można wybrać drogę, która prowadzi do katastrofy. Jest to droga lemingów, których największą słabością jest to, że nie umieją właściwie ocenić odległości od celu. Jeśli w odpowiednim momencie nie natrafią na ląd, a nie są w stanie przepłynąć dystansu większego niż 200 m, masowo toną, co daje wrażenie zbiorowego samobójstwa. Jeśli nie chce się budować własnego życia czy też życia społecznego na tej Skale, która jest Chrystus, prędzej czy później czeka nas nieuchronne nieszczęście. Ale przecież zawsze można „otworzyć drzwi Chrystusowi”. Tak wiele zależy od naszej wolności...

Zaskoczyła Księdza Arcybiskupa wygrana Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich? Tak wiele było zastrzeżeń do partyjniactwa ustępującego prezydenta, któremu zarzucano bezczynność i podpisywanie ochoczo przez 5 lat wszystkich kontrowersyjnych ustaw. Jednak  wygrana zaledwie o 3 punkty to „zwycięstwo o włos”. Duża grupa Polaków obraziła się na Polskę?

- Nie wiem, czy to pytanie jest właściwie postawione. W moim przekonaniu ci, którzy głosowali na dotychczasowego prezydenta nie tyle obrazili się na Polskę, ile bardziej nie chcieli lub nie potrafili zrozumieć, że obecna sytuacja Polski jest pod wieloma względami trudna i że Polska jako państwo i naród nie może sobie pozwolić na dalsze dryfowanie, zgodnie z aktualnie wiejącymi wiatrami czy istniejącymi prądami, których głównymi sprawcami są współczesne europejskie potęgi. Lansowany przez aktualnie rządzące od 2007 roku partie program „mniej państwa” w gruncie rzeczy przypomina czasy saskie z ich programem „Polska nierządem stoi”. Wtedy, w osiemnastym wieku, Polska właśnie tak przez jakiś czas rzeczywiście stała, z braku silnego rządu czyniąc cnotę, aż osunęła się w polityczny niebyt na długie lata rozbiorów. Zwycięstwo, jeśli nawet minimalne, pozostaje zawsze zwycięstwem. Jeśli się przy tym uwzględni fakt, że zostało ono uzyskane mimo ogromnej propagandy tzw. głównego nurtu i że nie dali jej się uwieść przede wszystkim ludzie młodzi, to zwycięstwo to musi napawać optymizmem. Jest na kim budować nadzieję na przyszłość naszej Ojczyzny.

Andrzej Duda kładzie nacisk na konieczność odbudowy wspólnoty, ale Ksiądz Arcybiskup mówił wcześniej, że „egoizm jednostki i związana z nim atomizacja społeczeństwa wygrywają w zmaganiach ze społecznym solidaryzmem”. Czy zwycięstwo  Dudy oznacza budzenie się społeczeństwa, czy to wciąż jeszcze wielki znak zapytania, a odpowiedź poznamy w jesiennych wyborach parlamentarnych?

- Jestem głęboko przekonany, że zwycięstwo pana Andrzeja Dudy, któremu jeszcze dwa miesiące temu nikt nie dawał szans, by znalazł się w drugiej turze wyborów prezydenckich, świadczy o tym, że jednak coś zasadniczego budzi się w naszym społeczeństwie. Że w naszym narodzie nie zginął całkowicie powiew wiosny gorącego lata 1980 roku, kiedy rodziła się pierwsza „Solidarność”. Że 24 maja dał się odczuć wiew Ducha Świętego, który odmienia umysły i serca ludzi, a przez to również oblicze tej ziemi... Niewątpliwie, czeka nas wielki wysiłek, by pozwolić się dalej prowadzić temu tchnieniu Ducha. A to wcale nie znaczy, by znowu wybrać dryfowanie. Przeciwnie – to oznacza wielki zbiorowy wysiłek, aby pomnażać w sobie i wokół siebie prawdziwe cnoty obywatelskie: solidarność, uczciwość, wewnętrzną prawość, gotowość do poświęceń. Wracają jak echo słowa wiersza bp. Ignacego Krasickiego, który stał się hymnem Szkoły Rycerskiej: „Święta miłości kochanej Ojczyzny, czują Cię tylko umysły poczciwe!”.

Kolejne wybory pokazały trwające od dwudziestu lat pękniecie Polski na pół. Da się tę Polskę skleić?

- Ze scalania polskiego społeczeństwa wokół podstawowych wartości Pan Prezydent-elekt uczynił jeden z głównych celów swej prezydentury. Zapewne doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jest to fundamentalną polską racją stanu. Dojrzałość naszego społeczeństwa będzie się mierzyła stopniem gotowości do zasypywania przedziałów między Polakami – właśnie w imię „miłości kochanej Ojczyzny”. W tym wielkim dziele Kościół katolicki w Polsce na pewno będzie wierny swej wielkiej tradycji, sięgającej już prawie 1050. lat. 

Źródło: Tygodnik "wSieci" nr 23 z dn. 8-14 czerwca 2015  r.