Prawdy szukajmy u źródła

 

Z abp. Markiem Jędraszewskim, zastępcą przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, metropolitą łódzkim, rozmawia Anna Skopińska.

 

Anna Skopińska: Księże Arcybiskupie, jesteśmy przed centralnymi uroczystościami jubileuszu 1050-lecia Chrztu Polski. Historycznie rzecz biorąc, Kościół był mocno związany z państwowością polską. Może więc ten szczególny czas powinien posłużyć do uświadomienia ludziom właśnie tej bliskości Kościoła z państwem?

gallery/abp-marek-jedraszewski-4

Abp Marek Jędraszewski: Uroczystości jubileuszu 1050 rocznicy przyjęcia Chrztu Polski uświadamiają nam przede wszystkim specyfikę polskiego narodu i jego historii. W przypadku innych narodów Europy stosunkowo wiele wiemy o tym, co się u nich działo przed przyjęciem przez nie chrześcijaństwa. Zachowały się dość liczne świadectwa, mówiące o tym, jak następnie chrześcijaństwo przemieniało struktury poszczególnych narodów i państw. Jeśli natomiast chodzi o Polskę, mamy do czynienia z czymś zupełnie wyjątkowym. Nie znajdziemy żadnych zapisów historycznych odnoszących się do czasu sprzed 966 roku. Jest tylko jedna informacja o bitwie pogańskich Redarów i Wolinian pod wodzą Wichmana w 963 roku, którą Mieszko dotkliwie przegrał. W bitwie poległ nawet jego brat.Naraz przychodzi 966 rok. Polska dzięki przyjęciu przez Mieszka I, jego dwór i wojów, chrztu, wchodzi do wspólnoty państw europejskich jako ich pełnoprawny członek. Wchodzi do Europy, obficie czerpiąc z dorobku jej kultury. Dokonuje się to, co często podkreślał Jan Paweł II: przyjęcie przez Mieszka I chrztu stało się nie tylko początkiem chrześcijaństwa w Polsce, ono stanowi także początek polskiego narodu i polskiej państwowości. Nie ma takich innych narodów w Europie. To jest coś niezwykłego. Dla wielu, być może, obchody jubileuszowe przyczynią się do odkrycia tego podstawowego dla nas, Polaków, faktu. Faktu, dzięki któremu możemy w pełni zrozumieć przesłanie, które skierował do Polaków Jan Paweł II, podczas pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny. 2 czerwca 1979 r. na pl. Zwycięstwa w Warszawie, powiedział: Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – to znaczy klucz do rozumienia tej wielkiej i podstawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie.(...) Otóż nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego – tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas – bez Chrystusa. Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Dzisiaj do tego powracamy, na nowo tę  prawdę odkrywając.W stosunku do 1979 roku pojawiły się nowe pokolenia Polaków, jest nowa rzeczywistość, nowe wyzwania, w tym również próby narzucenia antychrześcijańskiej, niekiedy wręcz ateistycznej narracji podkopującej także moralne fundamenty naszego życia. W świetle tego wszystkiego, co jest dzisiaj obecne– wracamy do naszych korzeni.

Korzeni, które mogą być swoistym argumentem dla tych, którzy próbują Kościół i wiarę zepchnąć do prywatności, i tych, którzy tej historii nie chcą przyjąć...

Warto zatem wracać do słów Jana Pawła II z pl. Zwycięstwa. Do tego, co mówił, że nawet ci, którzy są niewierzący i są daleko od Boga i od Kościoła, nie zrozumieją siebie jako Polaków bez odniesienia do Chrystusa i tradycji kulturowej Polski, której korzenie tkwią w chrześcijaństwie. Otóż tego, co naród polski wniósł w rozwój człowieka i człowieczeństwa – mówił wtedy Papież – co w ten rozwój również dzisiaj wnosi, nie sposób zrozumieć i ocenić bez Chrystusa. „Ten stary dąb tak urósł, a wiatr go żaden nie obalił, bo korzeń jego jest Chrystus” (Piotr Skarga, Kazania sejmowe). Trzeba iść po śladach tego, czym – a raczej kim – na przestrzeni pokoleń był Chrystus dla synów i córek tej ziemi. I to nie tylko dla tych, którzy jawnie weń wierzyli, którzy Go wyznawali wiarą Kościoła. Ale także i dla tych, pozornie stojących opodal, poza Kościołem. Dla tych wątpiących, dla tych sprzeciwiających się. Idąc tropem tego papieskiego przesłania, trzeba by stwierdzić, że nie sposób uchwycić i zrozumieć polskości bez jej zakorzenienia w Chrystusie i Jego Ewangelii. Wszyscy, którzy by to zakorzenienie chcieli negować, popełniają jakiś fundamentalny błąd metodologiczny. W jakiejś mierze stawiają się nawet poza tym narodem.

Obecność Kościoła w życiu państwa polskiego od 966 roku jest bezsprzeczna. To pierwsi artyści, kronikarze, pisarze, budowniczy, architekci...

Wtedy na pewno wszystko to szło od Kościoła i poprzez Kościół. Cała kultura: piśmiennictwo, malarstwo,  budownictwo, ale także sztuka uprawiania roli. Na skutek przyjęcia Chrztu państwo Mieszka I otrzymało dla swego rozwoju nowe stymulacje i nowe inspiracje, a równocześnie środki materialne i duchowe, aby te stymulacje i inspiracje móc urzeczywistniać. Tak było przez całe wieki naszych dziejów. Tworzyła się prawdziwa symbioza między polskim państwem a Kościołem. W pewnym momencie dziejów, konkretnie w 1795 roku na skutek trzeciego rozbioru, państwo polskie przestało istnieć. Ale był Kościół katolicki! Kościół,  który przejął rolę tego, co scalało naród rozdarty w latach 1795-1918 przez trzech, a w latach 1939-1945 przez dwóch zaborców.

Możemy powiedzieć, że gdyby nie Kościół, to polskie państwo by się nie odrodziło?

Myślę, że tak. Zwłaszcza że zaborcy robili wszystko, by nas wynarodowić, usiłując wprowadzić kulturę rosyjską lub niemiecką. Stosowali także, mówiąc współczesnym językiem, pedagogikę wstydu, polegającą na tym, żeby Polacy wstydzili się polskości, historii swej Ojczyzny, jej dokonań i jej wspaniałej przeszłości i kultury. A Kościół tego wszystkiego bronił. Nie bez powodu katolickie książeczki do nabożeństwa były swego rodzaju elementarzem, na którym  polskie dzieci uczyły się alfabetu łacińskiego. W szkołach rosyjskich obowiązywała cyrylica, w pruskich – gotyk, a dzieci czytając katolickie modlitwy drukowane w alfabecie łacińskim ciągle trwały przy kulturze polskiej. Ciągle miały szansę na to, by nie utracić więzi z przeszłością, a przez to z polską, katolicką tradycją naszego narodu,która wyrażała się m.in. w alfabecie łacińskim.

Czy przy okazji jubileuszu nie warto przypomnieć wielkich  postaci, które przewinęły się przez długie lata naszej historii?

Trzeba. I to nie tylko ludzi Kościoła, jego hierarchów. To prawda, przez wieki biskupi byli senatorami Rzeczypospolitej, a prymasi nawet interreksami. Mówiąc językiem współczesnym, stanowili pewną klasę polityczną. W czasach najnowszych tę wyznaczoną przez nich wspaniałą tradycję przedłużali: kardynał August Hlond, kardynał Stefan Wyszyński, arcybiskup Antoni Baraniak, więzień czasów stalinowskich, kardynał Karol Wojtyła. Trzeba przywołać na pamięć także tych księży, którzy czuli się odpowiedzialni za Polskę i starali się ją naprawiać: jak ks. Piotr Skarga w siedemnastym wieku, czy jak najwspanialsi przedstawiciele polskiego Oświecenia, którzy w zdecydowanej większości byli księżmi. Trzeba przypominać również tych bohaterskich księży, którzy brali udział w powstaniach: listopadowym, styczniowym, wielkopolskim, warszawskim. Którzy cierpieli za Ojczyznę i ginęli w hitlerowskich obozach koncentracyjnych i radzieckich łagrach, którzy podtrzymywali jej ducha aż do czasów nam najbliższych – aż po bł. ks. Jerzego Popiełuszkę, ks. Sylwestra Zycha czy ks. Stanisława Suchowolca i ks. Stefana Niedzielaka. Jednakże trzeba również za wszelką cenę pamiętać o ludziach świeckich – o wielkich twórcach polskiej państwowości i polskiej kultury. Oni wszyscy czerpali z chrześcijaństwa. To prawda, zdarzały się też niekiedy znaczące osobistości, które z różnych powodów znajdowały się daleko od Kościoła. Jednakże nie mogli się od niego całkowicie odciąć. 

Jakich postaw wobec państwa uczy dziś Kościół?

Uczy tego samego, czego zawsze uczył, to znaczy tego, co wynika z czwartego przykazania: cześć okazywana rodzicom obejmuje także cześć wobec naszych przodków i ich dokonań, wobec zobowiązań, które od nich płyną ku nam. W niezwykle ważnej książce, noszącej tytuł Filozofia dramatu, ks. profesor Józef Tischner zamieścił m.in. rozważania dotyczące cmentarza. Dla niego cmentarz jawi się przede wszystkim jako miejsce spotkania z przeszłością i z zobowiązaniem, jakie płynie ku nam od naszych przodków. Jednakże cmentarz może być również przejawem nienawiści i odrzucenia, kiedy komuś odmawia się prawa do grobu, kiedy jego ciało wrzuca się do wspólnych dołów, a nad miejscem tego przerażającego, nieludzkiego sposobu pochówku sadzi się las. Ks. Tischner miał niewątpliwie na uwadze Katyń i inne miejsca spoczynku naszych bohaterów, zamordowanych przez Sowietów w Związku Radzieckim. My dzisiaj dorzucamy do tego „Łączkę” i inne, ciągle nieznane nam miejsca, w których spoczywają relikwie „żołnierzy wyklętych”. Im odmówiono pamięci i prawa do grobu. A dzisiaj chcemy do tych ich szczątków dotrzeć, je odnaleźć i pochować ze czcią, najwyższym szacunkiem i wdzięcznością. Bo wiemy, że za tymi ich materialnymi szczątkami kryje się jakieś wielkie moralne zobowiązanie wobec nas. Chcemy, aby to, dlaczego oni cierpieli, o co walczyli, za co w końcu oddali swoje życie, niekiedy podczas okrutnych tortur, stało się przesłaniem dla nas: by tych wartości bronić i przekazywać je następnym pokoleniom.

Powracamy też do słów marszałka Józefa Piłsudskiego, że: „naród, który nie szanuje swej przeszłości ... nie ma prawa do przyszłości”, a potem kardynała Stefana Wyszyńskiego: „naród, który odcina się od historii traci korzenie własnego istnienia”. I do ludzi, którzy tworzyli naszą historię...

To jest nasz fundamentalny obowiązek. To prawda, pewne wydarzenia czy rocznice bardziej nas mobilizują w skali społecznej, narodowej, państwowej i kościelnej. Kiedy jednak wczytamy się w poezję Karola Wojtyły, to znajdziemy w niej wielkie wołanie o to, by nieustannie sięgać do korzeni i do źródeł. Nasza codzienność powinna polegać na ciągłym nawiązywaniu zarówno do przeszłości, jak i do stawianych sobie jasnych i wyrazistych celów odnoszących się do przyszłości. Korzenie są po to, żeby dawały życie, żeby dawały wzrost. Dlatego trzeba o nie dbać. A jednocześnie należy troszczyć o to, by to, co przekażemy przyszłym pokoleniom, było jak najbardziej szlachetne i czyste. I dlatego w poezji Wojtyły często pojawia się inna metafora: źródło. Musimy na serio powtarzać za Papieżem pytanie: „gdzie jesteś, źródło?”, aby następnie, gdy się odkryje miejsce, z którego owo wybija swe wody, lub przynajmniej ma się już jakieś intuicje, gdzie się ono może znajdować, wytrwale i wiernie „iść do góry,pod prąd”. To jedyna droga, aby móc dotrzeć do tych krystalicznych źródlanych wód, które pozwalają nam smakować pełną prawdę życia. 

Ten powrót do źródeł, to „iść pod prąd”– jest obecnie widoczne?

Na szczęście, można dostrzec dziś wielkie odrodzenie, zwłaszcza wśród ludzi młodych, którzy są wrażliwi na odkrywaną przez siebie przeszłość. Od kilku miesięcy mamy też szczęście, że za tym pragnieniem powrotu do źródeł i do korzeni stoi polskie państwo. Do niedawna przecież to  wszystko było wyśmiewane, ograniczane, i to nawet systemowo i instytucjonalnie: poprzez wycinanie lekcji historii z nauczania szkolnego. Komuś bardzo zależało na tym, żebyśmy byli pozbawiani pamięci i tego szczególnego zobowiązania, jakie spoczywa na nas, kiedy cofamy się do źródeł i do korzeni. Dziś, dzięki Bogu, okazuje się, że z jednej strony jest ta wielka wrażliwość u młodych ludzi, a z drugiej ta wrażliwość spotyka się z wrażliwością i zatroskaniem instytucjonalnym państwa. Nie możemy też zapomnieć o tym, że za tą wrażliwością przede wszystkim stoi Kościół. Że robi on naprawdę wiele, aby ocalić nasza narodową pamięć.

Patrząc wstecz, z perspektywy czasu, tych 1050 lat, możemy powiedzieć, że Mieszko I przyjmując chrzest, był odważny? Czy dziś potrzebujemy takich ludzi, czy może nasze czasy ich już nie wymagają?

Nie boję się powiedzieć, że Mieszko I był Bożym szaleńcem. Przecież on ryzykował życiem. Pogaństwo było wtedy silne i mógł spodziewać się reakcji z jego strony. Jednak zaryzykował. To Boża Opatrzność  sprawia, że na każdym etapie dziejów pojawiają się Boży szaleńcy. Oni są światu potrzebni, wręcz niezbędni, aby ratować to, co najpiękniejszego w człowieku. Patrząc na dzieje naszych ostatnich dziesięcioleci, możemy wskazać na bardzo konkretne postaci, które zasługują na miano Bożych szaleńców, na: Maksymiliana Marię Kolbego, Urszulę Ledóchowską, Faustynę Kowalską, kardynała Stefana Wyszyńskiego, księdza Jerzego Popiełuszkę, a przede wszystkim Jana Pawła II. Głęboko wierzę, że Boża Opatrzność obdarzy nas podobnymi ludźmi i teraz, i w przyszłości.Jestem pewien, że będzie ich nam dawał za dziesięć lat, za dwadzieścia, za pół wieku, za wiek…

To dzięki tym ludziom i ich świadectwu życia, pytanie o przyszłość naszej Ojczyzny, narodu, Kościoła w Polsce nie rysuje się zatem bardzo dramatycznie?

Nie wiemy, jaka będzie przyszłość, bo każdy niemal dzień zaskakuje nas tym, co z sobą niesie. Jednak wiara w Bożą Opatrzność daje nam pewność, że jest nad nami Bóg Ojciec, który nas kocha i o nas się troszczy. 1050 lat dziejów chrześcijańskiej Polski uczy nas przeogromnej ufności, z którą łączy się dar wewnętrznego pokoju. Pan Bóg nigdy nie opuścił naszego narodu. Wzbudzał bowiem w Kościele i poprzez Kościół takie postaci – owych Bożych szaleńców – którzy dawali innym odwagę i podtrzymywali nadzieję. Jak długo naród polski będzie otwarty na Boga i będzie podążał na nauczaniem Kościoła, może się cieszyć nadzieją na swą dobrą przyszłość.

A nauka społeczna Kościoła? Nie brakuje przecież i dzisiaj najrozmaitszych problemów społecznych, nie brakuje trosk ludzi o byt swoich rodzin. Czy nie powinno się do niej nieustannie powracać?

Kościół zawsze starał się być wrażliwy na potrzeby ludzi, a ze swoim przesłaniem odpowiadać na wyzwania konkretnych czasów. Pierwsza encyklika społeczna papieża Leona XIII z 1891 roku Rerum novarum była poświęcona kwestii robotniczej – w czasie gdy proletariat był jedynie robotniczą masą niezbędną dla kapitalistów, którzy bogacili się na ich bezwzględnym wyzyskiwaniu, wołającym wprost o pomstę do nieba. W dziewięćdziesięciolecie jej publikacji, w 1981 roku, Jan Paweł II ogłosił encyklikę Laborem exercens o godności pracy ludzkiej, i to głównie w związku z „Solidarnością”, która wtedy w Polsce się rodziła. Natomiast z okazji stulecia Rerum novarum, w roku 1991, Jan Paweł II opublikował encyklikę Centesimus annus, w której m.in. poruszył sprawy społeczne w kontekście kryzysu demokracji, która łatwo może przekształcić się – jak pisał – w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm, jeśli zatraci ona swoje odniesienie i szacunek do podstawowych wartości. Pamiętam krytyczne uwagi Michnika i jego środowiska, którzy poczuli się wtedy zagrożeni, uważając się za piewców „jedynie słusznej wersji demokracji”, opartej na relatywizmie i odrzucającej obiektywne normy moralne. Nie ulega wątpliwości, że to, co w ostatnim czasie działo się u nas, zmierzało w tym właśnie kierunku. W imię demokracji odłączonej od obiektywnym wartości i norm w błyskawicznym tempie przegłosowywano kolejne ustawy podważające fundamentalny ład moralny, odnoszący się do rodziny, do poczęcia dziecka, do tego, czy ktoś jest mężczyzną czy kobietą. Bardziej boleśnie i głęboko nie można było uderzyć w człowieka. I po raz kolejny okazało się, że siły zła, owe „bramy piekielne” nie są w stanie przemóc Kościoła. Bo wierzący w Boga naród opowiedział się za wartościami.

To z pewnością wielkie zadanie Kościoła – w prawdzie napominać i wyjaśniać?

Próbujemy zmieniać nastawienie ludzi. Obecnie chodzi głównie o to, aby zrozumieli oni, że nie są tylko zwykłą masą konsumpcyjną, swoiście produkowaną przez hipermarkety, czyli istotami, które mają jedynie coraz więcej jeść i pić, lepiej się ubierać i wyjeżdżać do dalekich krajów. Chodzi o to, aby ciągle pamiętali o tym, że nie samym chlebem żyje człowiek. Że jest on ostatecznie powołany do wieczności, która zaczyna się już tutaj na ziemi – gdy codzienność jest przenikana duchem Chrystusowej Ewangelii.